Podsumowanie biegowe 2015 cz. 1

Ubiegły 2015 rok był dla mnie najlepszym biegowym rokiem od ostatnich sześciu lat. Poprawiłem w mijającym roku wyniki na dystansie maratonu, półmaratonu, dziesięciu kilometrów. Udało mi się również ukończyć pierwszy raz bieg powyżej 100 km.
Ale zacznijmy od początku. Przygotowania do sezonu zacząłem w okolicach 10 grudnia, kiedy to zauważyłem, że roztrenowanie w październiku i listopadzie spowodowało nadmierny przyrost masy. Spasłem się po prostu okropnie. Zrzucanie wagi zaczęło się od długich regularnych wybiegań, pod koniec grudnia (w tym dwa biegi powyżej 20 km). Na Sylwestra i Nowy Rok pojechaliśmy z Tatianą do Berlina.
Nowy Rok niestety rozpoczął się dla mnie na porządnym kacu. Poza tym nie chciało mi się za żadne skarby wyjść na trening. Ani w Berlinie, ani w Dreźnie do którego wybraliśmy się z Tatianą w pierwszych dniach stycznia. Dopiero w Złotnikach i Karpaczu zaczęło się poważne trenowanie. Jak byliśmy w Karpaczu wpadłem na pomysł, że pobiegnę na Śnieżkę. Akurat przy mało korzystnej temperaturze, było ok. -10 stopni.

DSC_0208W tą i z powrotem wyszło około 3,5 godziny – odległość około 21 km. Po takim solidnym treningu mogłem pozytywnie patrzeć na najważniejszy zimowy start sezonu czyli Zimowy Maraton Bieszczadzki. W międzyczasie postanowiłem wystartować jeszcze na trasie Zimowych biegów górskich w Falenicy i wystartować na 5 km w Biegu Chomiczówki. Do 3 km myślałem, że powalczę o życiówkę, ostatnie 2 km powiedziały mi jednak, że niekoniecznie ten wynik poprawię. 25 stycznia wystartowałem w Zimowym Maratonie Bieszczadzkim w Cisnej.

DSC_0023
Bieg z racji na miejsce, liczbę uczestników i klimat był wyjątkowy. Ekipa OTK Rzeźnik spisała się na medal. Bieg był zorganizowany świetnie, uczestników koło 1000 osób, a trasa ciekawa. Najpierw z Cisnej do Majdanu potem do Solinki wokół masywu Hyrlatej, potem do Lisznej i przed samym Majdanem skręt do Przysłupia. Najbardziej niesamowity punkt programu to punkt żywieniowy na 34 km w Karczmie Brzeziniak i trudny powrót pod górę na drogę do Cisnej. Maraton miał niestandardowo 44 km, a końcówka która była poprowadzona po linii kolejki bieszczadzkiej dała się we znaki. Wynik 4:31, był dla mnie całkowicie zadowalający, a późniejsze piwo z ekipą NH Teamu smakowało naprawdę doskonale!

Relacja z Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego:

I Zimowy Maraton Bieszczadzki – czyli szybko po Biesach zimą


Po Zimowym Maratonie potrzebowałem kilka dni aby dojść do siebie, ale w lutym planowałem wykonanie poważnej pracy treningowej. Zacząłem wtedy też regularnie chodzić na treningi FMW Runners prowadzone przez Bartka Olszewskiego i Julitę Kotecką. Treningi dały naprawdę dość sporo, a rywalizacja na treningach na pewno urozmaicała trening.
14 lutego wystartowałem w Zimowym Biegu Trzech Jezior w Trzemesznie. Było ciepło, wręcz za ciepło, mnie przez pierwsze pięć kilometrów biegło się dobrze, potem stało się dla mnie coś niewytłumaczalnego. Odcięcie prądu i to takie, że toczyłem się do mety z prędkością spacerową. A trasa która, nadawała się świetnie na nową życiówkę na 15 km, zdecydowanie tego dnia mnie pokonała. Po powrocie do Warszawy, zrobiłem kilka solidnych treningów i szykowałem się na treningi i starty marcowe.
1 marca w Parku Skaryszewskim odbył się bieg pamięci Żołnierzy Wyklętych. Pierwotnie w tym biegu planowałem pobiec szybką dychę, ale z racji zającowania koleżanki (bieg był podzielony na dwie tury), pobiegłem 2 x 10 km. Co jak się później okazało, wcale nie było złym treningowym rozwiązaniem.
Tydzień, przypadający po 1 marca miał być prawdziwą próba charakteru. Prawie 85 kilometrów, w tym jeden trening – 35 kilometrów BNP w ramach maratońskiego przygotowania. Najlepsze, a może i najgorsze jest to, że na ten właśnie 35 kilometrowy trening nie mogłem się zebrać przez 3 godziny. Po nim, miałem znacznie więcej pewności, że jest duża szansa na życiówkę w maratonie.
Końcówka marca w ogóle zapowiadała się ciekawie, bo czekały mnie jeszcze dwa naprawdę świetne starty czyli – Półmaraton Ślężański w Sobótce – na spokojnie i Półmaraton Warszawski – na poważnie. Tygodniowy mikrocykl treningowy przed Sobótką był chyba objętościowo największy w ramach przygotowania do łódzkiego maratonu. Wyszły 93 kilometry. Zatem spodziewać się jakichś niesamowitych wyników pod Ślężą nie mogłem, ale i do biegu podchodziłem spokojnie. Na starcie spotkałem znajomego – Stasia Stasińskiego i za chwilę ruszyliśmy na trasę. Trasa ciężka ale doskonała na wiosenne przygotowanie do startów. Jako trasa docelowa, ze względu na przewyższenia i tłok, moim zdaniem kompletnie się do tego nie nadawała. Pierwsze 10 km ciężko bo pod górę i w ciągłym tłoku, drugie dużo ciekawiej bo nie dość, że z góry to końcówkę miałem naprawdę bardzo szybką. Treningowy negative split wyszedł bardzo obiecująco. Poza tym dopisała pogoda, nie za zimno i nie za ciepło. Ostatecznie wynik to 1.42 z groszami co i tak było chyba moim czwartym wynikiem w półmaratonie. A był to w końcu start treningowy.
Następny tydzień to ostatnie przygotowania pod Półmaraton Warszawski. Było trochę nerwów przed biegiem, ale wiedziałem, że jestem w dobrej formie. Strefa startu i depozytów została zorganizowana w najlepszym miejscu. A na pewno najlepszym z dotychczasowych. Poza tym trasa biegu ze względu na awarię mostu Łazienkowskiego musiała zostać bardzo szybko zmieniona. Dzięki temu start biegu zaczynał się z Placu Piłsudskiego, a kończył na Wierzbowej. Trasa była doskonale przygotowana, poza tym była szybka, a pogoda dopisała. Jedyne co mi nie pasowało to tłok mniej więcej do Chałubińskiego, gdzie poważnie trzeba było na siebie i innych uważać. Potem ogień – całe Aleje Niepodległości, powrót Puławską. Na półmetku wiedziałem już, że walczę o życiówkę, ale trzeba było wynik utrzymać do końca. Z ronda Jazdy Polskiej i na trasie Łazienkowskiej biegłem najszybsze kilometry, potem zaczęła się mordęga ostatnich czterech czy pięciu kilometrów Wybrzeżem. W tunelu poczułem, że zaczynam trochę słabnąć, ale prawdziwy horror był na 19 kilometrze gdzie poważnie osłabłem. Na szczęście zapas był na tyle spory, że udało mi się dowlec do mety z życiówką 1:37:01 (poprzednia 1:38:13). Z czego poprzednia życiówka została zrobiona również na warszawskiej trasie, ale w 2007 roku…20150329_092705Relacja z Półmaratonu Warszawskiego:

X Warsawhalf – upragniona życiówka!


Życiówka na moim ulubionym dystansie pobita po ośmiu latach wprawiła mnie w naprawdę niezły nastrój, przed nadchodzącym maratonem, ale do najważniejszego startu były jeszcze trzy tygodnie, a w międzyczasie czekał mnie start w Perłach Małopolski. Pierwsze zawody w cyklu odbyły się w Ojcowskim Parku Narodowym, a start i meta zlokalizowane były w Skale.

11156119_10152992310749667_2951100045188222202_nOd organizatora dowiedziałem się, że trasa po ojcowskim parku należy do najprostszych z całego cyklu. Po weryfikacji wszystkich tras, zgadzam się w zupełności. Trasa nie dość, że prosta i szybka, to w dodatku naprawdę piękna. Większa część trasy biegu zlokalizowana w dolinie Prądnika, było też trochę odcinków w szczerym polu i jeden solidny podbieg, ale 1:45 na 21 kilometrach na tydzień przed maratonem, było dobrą prognozą na maraton.
Ostatni tydzień przed maratonem, to coraz większe emocje i kilka spokojnych treningów. W sobotę wybraliśmy się z Tatianą po pakiet do Łodzi i przenocowaliśmy w Sulejowie. Ja zrobiłem jeszcze delikatne 6 km po lesie i szykowałem się do biegu.

pzu-out-mld15_01_ajk_20150419_120158.jpg-987
Rano było zimno, wręcz bardzo zimno jak na drugą połowę kwietnia. Udało mi się zaparkować w okolicach Atlas Areny i udałem się na start. Jeśli mógłbym napisać najkrócej coś o tym biegu, napisałbym tylko biegło mi się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Jeśli więcej dodałbym, że miejscami było nudno i gdyby nie to, że leciałem z grupą na 3:30 byłoby jeszcze gorzej. Sporo pogadałem z Kubą (zającem na 3:30) i innymi biegaczami łamiącymi tą barierę. Trasa przez pierwsze kilkanaście kilometrów prezentowała się naprawdę dobrze, ale po 22 kilometrze, zostaliśmy wygonieni praktycznie poza miasto. Po tych 22 kilometrach postanowiłem odłączyć się od grupy i przyspieszyć, a na trasie wiało niemiłosiernie. Po 30 kilometrze wróciliśmy w okolice Atlas Areny i tutaj zaczęły się pętle. Biegłem spokojnie na życiówkę i wiedziałem, że 3:30 pęknie. Nie wiedziałem tylko jaki zrobię ostatecznie rezultat. Po 42 kilometrach i 195 metrach, zegar zatrzymał się na 3 godzinach 26 minutach 42 sekundach. Wynik 4 minuty lepszy niż poprzednia życiówka z Wrocławia.

11150590_10153010208694667_2565025754710701934_n
Taki wynik to pełnia szczęścia, biorąc pod uwagę, że z maratońską życiówką męczyłem się prawie pięć lat.

Relacja z DOZ Maratonu Łódzkiego:

Maraton Łódzki 2015 – Marzenia się spełniają!


Po powrocie do Warszawy postanowiłem popracować nad szybkością i spróbować pobić rekord na 10 km. Mój rekord na tym dystansie miał już pięć lat i wypadało go poprawić. Docelowym startem był bieg na 10 km w Kępnie – 1 maja 2015 r., ale wcześniej wystartowałem na „dychę” w Okuniewie w „Biegu Rycerza Okunia”. O organizacji biegu nie napiszę zbyt wiele, może tylko tyle, że w pakiecie startowym znajdował się medal za udział (sic!). Poczułem się jak w „Misiu”. Poza tym nie wiem czy do dziś są oficjalne wyniki z biegu. Jak zapytałem się o wyniki, dostałem krótką odpowiedź – „nie przeszkadzać”. Wystartowałem tam pierwszy i ostatni raz. Do organizatorów, mam tylko krótką uwagę – sporo ludzi obecnie biega i organizuje biegi. Jeśli organizujecie taką imprezę, skonsultujcie ją z biegaczami lub organizatorami poważnych imprez. Obędzie się bez wpadek…
1 maja wybiegałem kolejną życiówkę na 10 kilometrów. Kępno okazało się szczęśliwe i bardzo wyrozumiałe. Tym bardziej, że bieg pobiegłem fatalnie taktycznie… Pierwszy kilometr o przynajmniej 6 sekund za szybko. Od 7 do 9 kilometra rzeźnia i brak tlenu w płucach. Na 10 kilometrze wycisnąłem resztki sił z mięśni i ostatnie 100 metrów ostro finiszowałem. Umożliwiło mi to pobicie życiówki o całe 2 sekundy.
Na maj miałem zaplanowane również, kolejne wyjątkowe zawody, czyli Ultramaraton Podkarpacki na dystansie 115 km. Ultra biegałem już wcześniej trzykrotnie w „Rzeźniku”, ale stówy wcześniej nie przebiegłem.

22322_10153053917709667_9123362111997170322_n
Wyjazd do Rzeszowa zaplanowałem w czwartek (start zaplanowany był na sobotę 9 maja). W piątek pojechałem do Łańcuta na zwiedzanie, odebrałem pakiet startowy i wybrałem się z Pawłem na kajaki po Wisłoku. Wieczorem wypiłem też piwo na rynku i szykowałem się do startu. Start zaplanowany był na 2.00 w nocy.

10733971_10153054708204667_3465208356117942199_n
Biegnąc na start stanowiłem nie lada atrakcję dla bywalców knajp i rzeszowskich klubów, którzy widzieli we mnie istotę z kosmosu.
Po wystrzale startera wybiegliśmy ulicami Rzeszowa na wschód od miasta, po to aby po kilkunastu kilometrach skierować się na południe. Bieg w pierwszej części trasy ma górski charakter, w dalszej części, szczególnie po przekroczeniu autostrady A4 płaski. Do szóstej rano było bardzo zimno, później temperatura gwałtownie zaczęła rosnąć. Gdyby nie fakt, że przez większość trasy rozmawiałem z innymi biegaczami, nie wiem czy udałoby mi się dobiec do mety. Trasa piękna, ciekawa, ale bardzo bolesna. Po osiemdziesięciu kilometrach czułem już tylko ból. Ostatnie 25 kilometrów to bardziej marszobieg niż bieg, ale do mety dotarłem po 16 godzinach i 34 minutach. W tym miejscu chciałbym również pogratulować organizatorom imprezy. Według mnie to jeden z najlepiej organizowanych biegów w Polsce. A tutaj dokładna relacja z biegu:

Ultramaraton Podkarpacki – jak zostałem supermaratończykiem! cz.1

Ultramaraton Podkarpacki – jak zostałem supermaratończykiem! cz.2


W maju czekały mnie jeszcze dwa ciekawe starty czyli Półmaraton Świętokrzyski i Perły Małopolski w Pienińskim Parku Narodowym.
Półmaraton Świętokrzyski organizowany co roku na innej trasie. Raz ze startem i metą w Cieślach, raz z metą Małogoszczu lub Krasocinie. Tym razem start był zaplanowany w Krasocinie, a meta w Małogoszczu. Tradycji też musiało stać się zadość, no więc spóźniłem się po raz kolejny już w tym biegu na start. Straciłem w związku z tym dwie minuty. Poza tym musiałem auto zostawić w Krasocinie…
W każdym razie pobiegłem, wyprzedzając na trasie kilkadziesiąt osób. Lubię ten bieg ze względu na kameralny charakter i przyjazne nastawienie mieszkańców okolicznych wsi do biegaczy, a także bardzo dobrą organizację biegu przez dyrektora tej imprezy Pana Włodzimierza Zawalskiego. Poza tym, pomysł z metą w Małogoszczu to strzał w dziesiątkę. Wyremontowany piękny ryneczek miejski, naprawdę świetnie nadawał się na metę biegu i ceremonię dekoracji zwycięzców.

1551482_10153122231249667_2561251394244358193_n

Ostatni tydzień zamiast biegania spędziłem w łóżku i tak nie do końca doleczony wystartowałem w II edycji Pereł Małopolski w Pieninach. Po wiosennych ulewach trasa biegu była mokra, ciężka, momentami wręcz niebezpieczna. Na trasie spotkałem oczywiście Tomka z którym jak się okazało, mieliśmy widzieć się na kolejnych trzech edycjach biegu…
Trasa w pierwszej części poprowadzona była po górkach na prawym brzegu potoku Grajcarek. Ostatnie 10 kilometrów to górki po lewym brzegu potoku, w tym ze dwa kilometry po granicy ze Słowacją. A przy okazji skały, potok na trasie, piękne widoki i rywalizacja ze znajomym z Katowic na ostatnich metrach trasy. Wspaniała trasa i świetna organizacja. Szkoda, że przyjechałem tam tylko na sam bieg. Gdybym mógł posiedziałbym dłużej…

W czerwcu znowu dopadła mnie choroba, ale kluczowych dla mnie biegów nie odpuściłem, choć pogodzić te dwa starty było ciężko. Ale po kolei. W błogiej nieświadomości zapisałem się i opłaciłem startowe za Nocny Półmaraton Wrocławski, który miał odbyć się 20 czerwca o 21.00, a także na Visegrad Maraton (Podolinec – Rytro), który miał wystartować o g. 9.00, 21 czerwca….

11222022_10153164305869667_7121037606709527592_n
Udało mi się pobiec w obu biegach, ale wyniki na obu trasach nie były oszałamiające. 1:56 w Półmaratonie, z czego pierwszą część trasy biegłem z Marcinem, robiąc zdjęcia i podziwiając wieczorny Wrocław. Następnego dnia o trzeciej rano wsiadłem w auto i przejechałem pół Polski, aby dojechać do Rytra. W Rytrze spotkałem się z Tomkiem i Karoliną i pojechaliśmy razem na start busikiem do Podolinca.

10399988_10153165069144667_7337674051697359264_n
Atmosfera startu na tej imprezie jest jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. Szkoda, że zeszłoroczny X Visegrad Maraton był ostatnią edycją tej imprezy…
Trasa biegu mimo, że asfaltowa jest bardzo ciekawa, ze względu na otaczające nas krajobrazy. Przez przez pierwsze kilkanaście kilometrów biegliśmy główną drogą z Białej Spiskiej do Starej Lubowli. Po prawej stronie Poprad, a za nami Tatry. Po obiegnięciu rynku w Lubowli, zaczęła się wspinaczka na górę Vabec (newralgicznego punktu na trasie). 10404433_10153171615669667_5696604804507704510_n

Podbieg był bardzo ciężki, ale widoki ze szczytu góry świetnie rekompensowały włożony wysiłek. Z wierzchołka góry do granicy było około 10 kilometrów zbiegu, wcale nie tak przyjemnego dla moich zmęczonych półmaratonem nóg. W końcu po 30 kilometrach minąłem granice w Mniszku nad Popradem i dalej biegłem powolutku przez Piwniczną do Rytra. Końcówka to finisz pod Perłę Południa, na tej samej trasie co „Bieg siedmiu dolin” w Krynicy. Zmęczony i szczęśliwy doczłapałem się na metę i po szybkim prysznicu poszedłem spać.

1609739_10153165068769667_5950043030918290483_nRelacja z Nocnego Półmaratonu Wrocławskiego i Visegrad Maratonu:

Biegowe „Tour de Pologne”


W lipcu godne odnotowania były dwa starty, z czego pierwszy to start w Kretwoinach – Bieg o kryształową Perłę Jeziora Narie, drugi w Szklarskiej Porębie – Wielka Pętla Izerska. Dość powiedzieć, że w Kretowinach pogoda była jak zwykle nie do wytrzymania, a ja zrobiłem swój drugi najlepszy wynik na tej trasie. Było gorąco ciężko, a podbieg „zemsta teściowej” jak zwykle dawał się we znaki. 11667472_10153215444124667_7096112725138165924_n

Późniejsze pływanie i rowerek wodny w Narie, były świetną regeneracją po biegu.
Dwa tygodnie później miałem zaplanowany start w Szklarskiej Porębie. Do Szklarskiej jechałem przez Zbrosławice w których planowałem wraz Grześkiem zorganizować Bieg Rolnika. W Szklarskiej byłem wieczorem. Następnego dnia odebrałem pakiet i ruszyłem na start. Jeszcze przed biegiem, spotkałem Michała, z którym miałem wracać do Wrocławia na Bla bla. Okazało się, że Michał podobnie jak ja oprócz biegów, interesuje się i gra w piłkę nożną. Jeszcze przed startem, rozmawialiśmy o grze Michała w juniorach Sparty Praga i jego późniejszej pracy fizjoterapeuty drużyn piłkarskich. Sam bieg był dla mnie najcięższym ze wszystkich zeszłorocznych biegów. Trudna trasa, praktycznie do 14 kilometra non stop pod górę, potem długi i nieprzyjemny zbieg. Dość powiedzieć, że mój żołądek też nie bardzo chciał współpracować, co zaraz za metą skończyło się dla mnie dość nieprzyjemnie, gdzie przez kilka minut dochodziłem do siebie… Jedno wiem na pewno, na tą trasę lepiej nie wybierać się bez przygotowania.

1546030_10153232121834667_5710062283287468023_n
Sierpień to trzy przebiegnięte biegi górskie i pierwszy bieg pierwszy w którym sprawdzałem się jako organizator.

11866352_10153280224584667_9089867733371499325_n
Na ósmego sierpnia planowałem start w „Chudym Wawrzyńcu” czyli 53 kilometry po Beskidzie Sądeckim. Trasa biegu wspaniała i ciekawa, ale warunki na trasie potworne. Dość powiedzieć, że o 4.00 nad ranem o której planowany był start, temperatura przekraczała 22 stopnie. Na Wielkiej Raczy było ponad 30 stopni, a na końcowych kilometrach jeszcze cieplej. Na trasie walczyłem z odwodnieniem, bólem głowy i temperaturą. Poza tym ścigałem się na końcowych kilometrach z posłem Mariuszem Kamińskim, którego zresztą jak i Adama Hofmana nie rozpoznałem na trasie. 11846648_10153281134789667_3879399683973399297_n

Kąpiel w strumieniu na mecie był świetną odnową biologiczną, ale powrót następnego dnia do Warszawy do łatwych już nie należał…
Na 15 sierpnia wraz z moim serdecznym kolegą Grześkiem Gąszczykiem postanowiliśmy zorganizować bieg w jego rodzinnej miejscowości czyli w Zbrosławicach.
W związku z faktem, że trasa biegu wytyczona była po terenach rolniczych, było dla nas jasne, że będzie to Bieg Rolnika. W trakcie przygotowywania imprezy wpadliśmy na pomysł, że byłoby dobrze aby bieg miał nietypowe trofeum. Padło na „złote gumiaki”. I tak powstał „Bieg Rolnika o Złote Gumiaki”. Trasa biegu to 10 kilometrów. Wraz z Grzegorzem i Tatianą oznaczyliśmy trasę. Potem zajęliśmy się przygotowaniem biura zawodów wraz z „Inessport”. W trakcie biegu podzieliliśmy się obowiązkami, ja z Tatianą zostaliśmy w biurze zawodów. Potem przenieśliśmy się na metę biegu. Grzegorz na rowerze monitorował czołówkę biegu, a Michał (brat Grześka) pomagał na punktach żywieniowych.

11896104_1059775964033132_2759081398202121547_n
W biegu wystartowało ponad 70 osób, wygrał Dawid Martini z czasem 39:16. Dla mnie organizacja imprezy była niepowtarzalna okazją do sprawdzenia się „po tej drugiej stronie”. Wydaje mi się, zresztą z relacji uczestników też tak sądzę, że Grześkowi i mnie udało się zorganizować całkiem fajną imprezę!

11880392_1059778450699550_927226919023269133_n
21 sierpnia wyjechałem wraz z Ojcem w góry. 22 miałem pobiec w Ultramaratonie Magurskim (na dystansie 40 km – czyli krótszym niż ultra) a następnego dnia miałem wystartować w trzecim biegu w ramach Pereł Małopolski w Zawoji.
Ultramaraton Magurski to nowy bieg na biegowej mapie Polski. Tereny na których miał być rozegrany, są mi dobrze znane, dlatego też bardzo chciałem wystartować w tym biegu. Co prawda na dystansie krótszym, ponieważ 80 km, mogłoby uniemożliwić mi przebiegnięcie biegu w Zawoji.

11781681_10153313078199667_2939924325763020096_n
Start o piątej rano w Krempnej, przy wschodzącym słońcu. Trasa prowadząca przez Krempną, Polany i Olchowiec, a dalej szczytami Beskidu Niskiego i granicą. Po około 27 kilometrach, trasa dla biegnących krótszą trasę prowadziła w kierunku Ożennej, na której znajdował się punkt żywieniowy. 11887989_10153313419359667_2822806726013246883_n11889530_10153313418924667_3017954273138750209_n11949261_887666584622338_6143063882654494067_n11951902_10153313419299667_3019302048458723488_n11892152_868443933240416_3358588607685303581_n

Potem można było podziwiać piękne krajobrazy Beskidu, ze wzgórz wokół Krempnej. Chwilę po biegu i szybkim spakowaniu się ruszyliśmy z Ojcem w trasę w kierunku Zawoji. Najpierw przejechaliśmy granicę w okolicach Niżnej Polianki i dalej przez Bardejov, Lubowlę, Podolinec i Białą Spiską jechaliśmy przez Słowację. Z powrotem do Polski wjechaliśmy przez Łysą Polanę i nietypową drogą przez Ząb skierowaliśmy się do Zawoji.

11891269_10153315782804667_7247325214270418955_n
Następnego dnia, pomimo zmęczenia zameldowałem się na starcie i ruszyłem na zdobywanie Babiogórskiego Parku Narodowego. Trasa na początku z niewielkim stopniem trudności po dziesięciu kilometrach dała mocno w kość. Trzy kilometry podbiegu – raczej podejścia, potem trzy kilometry zbiegu i kolejne podejście. Ostatni kilometr to sprint do mety. Mimo zmęczenia byłem bardzo zadowolony z obu startów, szczególnie bieg w Zawoji zrobił na mnie duże wrażenie. Powrót do Warszawy, nie wywoływał u mnie już większego entuzjazmu. A kolejne dwa tygodnie miałem spędzać zdecydowanie nie biegowo…

Komentarze