Podsumowanie biegowe 2015 cz. 2

Spędzanie dwóch tygodni „nie biegowo” polegało na ostatnich przygotowaniach własnego wesela, a tydzień wcześniej miałem imprezę na kawalerskim. W związku z tym treningi zeszły na plan dalszy, bo obowiązków była masa, a ogarnięcie tego w terminie graniczyło z cudem.

12308522_10153516328219667_3294360294062087843_n12342441_10153516324799667_5759197922539283326_n
W ciągu tych dwóch tygodni udało się chyba ze dwa razy pobiegać, ale co się dziwić, czasu na to nie było. Pierwszy tydzień września (w tym ślub i wesele) minął, a ja w kalendarzu biegowym, widziałem już tylko dwie daty: 13 i 27 września. Czyli Wrocław Maraton i Maraton Warszawski. Pomiędzy nimi 20 września miałem pobiec w Kościelisku w czwartym biegu cyklu Pereł Małopolskich.

10352201_10153363780319667_3024794774548552280_n
Przygotowanie do Maratonu we Wrocławiu, polegało na zrobieniu dwóch treningów 15 km i 10 km i bazowaniu na tym co było wybieganie w sierpniu. A, ze było tego trochę, nie bałem się za specjalnie o złamanie czwórki, a każdy wynik lepszy od 3:59 przyjąłbym „z pocałowaniem ręki”. Z takimi założeniami jechałem do Wrocławia. Do Wrocka przyjechaliśmy, z Tatianą dzień wcześniej. Pakiet i inne zabawy ogarnęliśmy dość szybko. Wieczorem wyszedłem też rozprostować kości do parku i następnego dnia pojechałem na start. Przed startem nie czułem się najlepiej, poza tym wiedziałem, że na trasie będzie ciepło. Dlatego w początkowych kilometrach biegu, nie odpuszczałem grupy zająców na 4 godziny. Początek standardowo ze stadionu olimpijskiego i ul. Ludomira Różyckiego dalej ul. Sienkiewicza, aż do Odry i dalej Grodzką i Kazmierza Wielkiego wokół starego miasta. Było coraz cieplej, a ja twardo biegłem z grupą. Trasa pokrywała się zresztą częściowo, na Borawskiej i Al. Wiśniowej z trasą półmaratonu. Poza tym jeśli trasa wrocławskiego maratonu, wiedzie przez Krzyki i obok wieży ciśnień na Wiśniowej, to już jestem zadowolony. Lubię tamtą okolicę. Niestety dalej już było mniej ciekawie. Zostaliśmy wygonieni na Legnicką w okolice obecnego stadionu Śląska Wrocław, potem Pilczycką z powrotem do miasta i znowu na przedmieścia Al. Nowaka Jeziorańskiego – czyli wewnętrzną obwodnicą. Chyba nie muszę dodawać, że nudno tu było jak cholera. Poza tym tłok na trasie, ciepło i miarowe odliczanie kilometrów. Po 24 kilometrach postanowiłem przyspieszyć, na początku spokojnie potem coraz śmielej. Tętno szybko poszybowało w okolicę 160 uderzeń na minutę. Na 30 kilometrze minąłem Pawła z którym biegłem rzeźnika w 2010 roku. Nawadniałem się porządnie na punktach żywieniowych, bo w końcówce robiło się naprawdę gorąco. Ostatnie pięć kilometrów to był wyścig z jednym gościem, który też w końcówce nie zamierzał słabnąć i trzymał dość dobrze tempo. Wypuściłem go praktycznie na te cztery kilometry na prowadzenie, a na samej końcówce wyprzedziłem. Pogadaliśmy sobie jeszcze w trakcie biegu i zaraz po. Choć jakie to było gadanie, jak serce ci bije 180 Hr/min. W każdym razie Wrocław okazał się łaskawy inaczej niż w 2010 roku. Wynik 3:54 brałbym przed startem w ciemno.

wroclaw_2397
Po powrocie do Warszawy zrobiłem kilka solidnych treningów, a w weekend wsiedliśmy z Tatianą w auto i pojechaliśmy w Tatry na czwarte Perły Małopolski.
Pogoda, pogoda jeszcze raz pogoda. Po Wrocławiu i przede wszystkim po ciepłym lecie, nie mogłem się od razu przyzwyczaić do warunków. W sobotę na krótkim treningu tylko siąpiło. W niedzielę raz siąpiło, raz lało, raz mgła, raz wiatr. Poza tym zimno i podłoże takie, że po siedmiu kilometrach byłem cały mokry i brudny. Trasa biegu to dwie pętle po ok. 10 km, start i meta na stadionie Biathlonu Kościelisko. Najpierw w dół i w górę po asfalcie, kamieniach. Potem w lesie w błocie i kamieniach… Było po prostu sympatycznie…
Na trasie spotkałem Kubę i Tomka, który tym razem pokonał mnie o ładnych kilka minut. Po biegu oprócz kolejnego medalu, przyszedł czas na porcję „borówek” z kluskami. Oczywiście chodzi o jagody! Naprawdę dobre były, jeśli to jeszcze z tego biegu pamiętam.

12011233_10153383153514667_3315465097629651101_n
Co potem? Jak to co, ulubiony niedzielny powrót do Warszawy. A po powrocie ostatnie przygotowania do Maratonu Warszawskiego. Tutaj już było wszystko jak trzeba. Do środy dieta białkowa, potem ładowanie węgli. Trzy dobrze przepracowane treningi i niedzielny start.

12003973_10153393634599667_7603542740004439908_n

12046952_10153394544319667_5648423265459997033_n12039208_985052118207905_8495130377023952429_n
Na start pojechaliśmy z Tatianą, Anią i Grześkiem. Grzesiek miał ambitne plany na start w Warszawie. Ja skupiałem się na swoim, czyli złamaniu 3:50. Tutaj też każdy wynik lepszy od 3:50 mnie zadowalał. Co ciekawsze, jak dowiedziałem się, że Michał, którego poznałem w Szklarskiej będzie zającował grupę na 3:50 to nie wahałem się ani chwili na ile biec. Start maratonu zlokalizowany był na błoniach w okolicach stacji stadion. Wybiegliśmy stamtąd dość szybko i skręciliśmy zaraz obok Teatru Powszechnego w Zieleniecką. Pierwsze kilometry, może oprócz kawałka Francuskiej, Zwycięzców i Saskiej to nic ciekawego, no bo co jest ciekawego w blokach na Gocławiu…
Potem klasyka, długa prosta na Wale Miedzeszyńskim, wzdłuż Wisły. Ci co biegli BMW półmaraton Praski mieli pewnie „de javu”. Dalej Most Świętokrzyski, Powiśle i to co od paru lat jest na Maratonie Warszawskim, gwoździem programu – Aleja Hopfera i Łazienki. To są najlepsze, najładniejsze i chyba najprzyjemniejsze kilometry Maratonu Warszawskiego. Dalej ul. Podchorążych i kolejna długa prosta Solcem i Wybrzeżem, aż na Bielany. Temperatura na bieganie była idealna, nie było za ciepło, za zimno. Trochę nieprzyjemnie wiało, ale w grupie biegło się świetnie. Na Gwiaździstej przy Kępie Potockiej postanowiłem nieco przyspieszyć. Przy Cytadeli, spotkałem kibicującego Piotra, tego od „Biegów po Prawdziwej Warszawie”! Po kilku kilometrach za mostem Gdańskim i na Pradze minąłem się z Maćkiem, który zającował kolegę. Cieszę się, że końcówka trasy była po Starej Pradze. Lubię zabudowę tej dzielnicy, a wiadomo, że na ostatnich kilometrach niewiele rzeczy może cię jeszcze cieszyć… Dowlokłem się w okolice Portu Praskiego, próbując przyspieszać, ale słabo z tym było. Potem skręt w Sokolą i wbieg na teren Stadionu Narodowego. Rezultat 3:47. Jak na start trzy tygodnie po weselu. Byłem bardzo zadowolony.

12011319_10207050225189387_6263074174178384731_n

11057885_10207050226149411_6775066634351233894_n
Po maratonie nie mogłem zmobilizować się do porządnego treningu, co miało odzwierciedlenie w ilości październikowych treningów. Razem z ostatnim biegiem w ramach Pereł Małopolski, wyszły dosłownie cztery treningi.
Może dużo tego nie było, ale start w Gorczańskim Parku był godny odnotowania, bo Perły Małopolski to świetny cykl biegów.

12065521_988982354456197_7880910434496694404_nA ostatni bieg w Gorcach to w ogóle rewelacja. Trasa wiedzie z Rabki najpierw pod górę do ok 7 kilometra, potem około dwukilometrowy zbieg. I dalej już w środku Gorczańskiego Parku Narodowego do około 13 kilometra podbieg. Dalej do mety było albo szybko albo bardzo szybko. Lubię taki końcówki, szczególnie wtedy kiedy mam jeszcze moc w nogach. Tego dnia nie było źle. Poza tym widoki na trasie były naprawdę fantastyczne. Na biegu spotkałem oczywiście Tomka i Dominikę. Tomek w bezpośrednim pojedynku w ramach pięciu startów, wygrał ze mną 4:1. Jedyny start, w którym byłem od niego szybszy to ten pierwszy w Ojcowie. Zaraz po biegu, co? Szybki prysznic i powrót do Warszawy. A trzeba było się spieszyć, żeby zobaczyć mecz Polaków z Irlandią, w eliminacjach do Mistrzostw Europy.

11214284_10153419427104667_8507913694899082191_n
Co do października to nie można było powiedzieć tu o aktywnym trenowaniu. To samo zresztą było w listopadzie, z tym wyjątkiem, że w listopadzie pobiegłem maraton i to nie byle gdzie bo w Porto…

12219390_10153467438504667_6428565942511208576_n
Ostatniego dnia października pojechaliśmy z Tatianą w podróż poślubną do Portugalii. Przez pierwsze trzy dni, zamiast biegania było picie wina i leczenie się z przeziębienia. Później udało mi się spokojnie pobiegać po Tomarze i Lizbonie, co krajoznawczo było świetne. W Tomarze obiegłem całą starówkę, obiegłem też klasztor.

12193662_10153462446259667_3355375780973581467_nW ramach treningów w Lizbonie, pobiegłem od pomnika Markiza de Pombala główną aleją Avenida da Liberdade na stare miasto, aż do Tagu, a potem klucząc po okolicznych górkach, alejkach i parkach wróciłem do punktu wyjścia. Następnego dnia zrobiłem 15 kilometrowy bieg po stadionach Lizbony.

11221582_10153464069254667_1180619891030023061_n12190894_10153464069119667_837115144964917340_nNo więc było Estadio Jose Alvalade, było i Estadio da Luz. Otoczenie Alvalade wygląda trochę jak stary dworzec stadion w Warszawie. Dużo lepiej prezentuje się otoczenie Stadionu Benfici.
Przed samym maratonem, zrobiłem rozbieganie po Porto, ale do stadionu Boavisty już nie dotarłem.

12193699_10153467438109667_1389403065287794762_n12193627_10153467438079667_6775284673933581716_n12193532_10153468428689667_8817908681724702687_n
Za to następnego dnia 8 listopada startowałem w Maratonie. Przed biegiem, spotkałem w hostelu Oliviera – biegacza z Luksemburga, który również przyjechał do Porto na urlop i „rekreacyjne” przebiegnięcie maratonu. Tylko, że on biegł na 3:45, a ja na 4:15. Taki był plan…
Na starcie (start był na samym wybrzeżu Oceanu), było jednoznacznie jak na maraton za ciepło. A dalej (jeśli chodzi o pogodę) nie było lepiej. Najpierw kilkanaście kilometrów w okolicach portu, potem odcinek trasy w Alei Boavista, a potem bardzo długi odcinek nadatlantyckim bulwarem, aż do ujścia Douro do Atlantyku. Na trasie bardzo wielu cudzoziemców. Chyba najwięcej Amerykanów, Francuzów i Niemców. Kilku Polaków spotkałem również na trasie. Nawet z jednym Warszawiakiem biegliśmy i gadaliśmy przez parę kilometrów. Na moście pomiędzy Porto i Vila Nova de Gaia – jeden z polskich kibiców (bardzo sympatyczny człowiek z Olsztyna), na trasie zrobił mi kilka zdjęć z trasy. Zdjęcia po biegu przesłał. Dzięki temu jest i dokumentacja zdjęciowa z imprezy.

12187734_10153470581169667_7203340394115413958_n12191522_10153470581124667_1853166746489929513_n
Po przebiegnięciu mostu biegliśmy dalej wzdłuż rzeki tym razem znowu w kierunku Atlantyku, po to by po czterech kilometrach i agrafce zawrócić, przebiec znowu most i pobiec kolejne dwa kilometry w górę rzeki. Po tym oczywiście zawrotka, dalej wzdłuż Douro, bulwarów w kierunku mety. Biegło mi się ciężko, tempo w okolicach 6 min na kilometr, ale jakoś do mety się doczłapałem. Oceniając imprezę, było kilka plusów i kilka dużych minusów. Na plus: świetna muzyka i zespoły na trasie. DJ puszczał co chwilę jak nie Zeppelinów to AC/DC, był też zespół z dęciakami grający ska. Poza tym dość dobre punkty odżywcze i piwo na mecie. Dwie koszulki od organizatora i plecaczek! Oprócz tego nie było zbyt wiele górek (a to nie takie proste przy wyznaczaniu trasy po Porto)! Z minusów: bałagan na początku trasy i przewężenia powodujące wąskie gardła, nudna trasa i za dużo zawrotek.

12036544_10153469059239667_3070786141874839378_n
Mimo pewnych niedoróbek bardzo mi się podobało. Wynik 4:14, też satysfakcjonował mnie bardzo. Tego samego dnia wybraliśmy się również na mecz mojej ulubionej portugalskiej drużyny, czyli FC Porto. Mecz zakończył się wynikiem 2-0 z Vitorią Setubal na Estadio do Dragao. Tym bardziej wracałem do kraju w dobrym humorze.

12189876_10153469601834667_8787717654744349933_n
A co ja miałem napisać o dalszym treningu i startach w listopadzie…. Wielkie nic! Mogę tłumaczyć się chorobą i festiwalem, ale generalnie biegane nie było.
Dopiero w grudniu wróciłem do normalnego treningu i te ponad 200 przebiegniętych kilometrów w grudniu, spowodowało, że 2015 rok, był dla mnie jak na razie rokiem z największą objętością treningową – ponad 2100 kilometrów. Poza tym rok bardzo udanych startów. Życiówki w maratonie, półmaratonie, 10 km i pierwsze przebiegnięte 115 km (też życiówka). Najwięcej startów w sezonie i brak kontuzji. Jak dla mnie super!
Liczę, że 2016 rok będzie jeszcze lepszy i, że poprawię jeszcze kilka życiówek w tym roku…

Zdjęcie z ostatniego treningu w 2015 roku

Zdjęcie z ostatniego treningu w 2015 roku

Biegi_2015

Komentarze