Ultramaraton Podkarpacki – jak zostałem supermaratończykiem! cz.1

Na Ultramaraton Podkarpacki zapisałem się 5 stycznia tego roku i od początku ten bieg wraz z Maratonem w Łodzi stał najwyżej w hierarchii moich tegorocznych celów biegowych. Po pierwsze, nigdy przedtem nie przebiegłem 100 km za jednym razem, po drugie jedyne ultra, które spróbowałem wcześniej to Rzeźnik w Bieszczadach – przebiegnięty z sukcesem trzykrotnie.

Wszystkie najcięższe przygotowania, wraz z bezpośrednim przygotowaniem startowym zrealizowałem rzetelnie. Dało to efekt na maratonie. Kolejne dwa tygodnie po maratonie nie były tak udane treningowo, mimo to tydzień przed UP udało mi się poprawić swój najlepszy wynik na 10 km w Kępnie. Ostatni tydzień przed biegiem to raptem 30 km i niewielka motywacja do biegania…

Biorąc pod uwagę fakt, że bieg zacznie się o 2.00 w nocy w sobotę, wybrałem się do Rzeszowa już w czwartek. Trasa minęła dość szybko z ludźmi z blablacara. Po dojechaniu na miejsce poszedłem od razu spać. W piątek postanowiłem wykorzystać czas na zwiedzanie. Padło na Zamek w Łańcucie. Nie dość, że blisko to i było co oglądać. XVI wieczny zamek Lubomirskich i Potockich to perełka, którą każdy powinien odwiedzić. Historia zamku wiąże się ściśle z historią Polski. Co więcej wielu właścicieli i rezydentów Łańcuta obok wspomnianych Lubomirskich i Potockich, a także Sanguszków, Czartoryskich, Radziwiłłów, Stadnickich, Ossolińskich miało na historię naszego kraju ogromny wpływ. Oprócz zamku zwiedziłem wozownię, muzeum ze sztuką cerkiewną i znajdującą się obok zamku synagogę.

11052470_10153054051369667_5870383692106599244_n11251385_10153054051599667_3248377846290511495_n

Po powrocie do Rzeszowa pojechałem z Pawłem na kajaki na zalew na Wisłoku. Spokojna godzinka machania wiosłami i analizowanie sytuacji politycznej w kraju, sprawiły, że na chwilę zapomniałem o biegu…

22322_10153053917709667_9123362111997170322_n

Po kajakach pojechaliśmy z Pawłem do biura zawodów. W biurze spotkałem Roberta – starego znajomego, który był sędzią głównym zawodów i jednym z „spiritus movens” całej imprezy. Pakiet odebrałem i szybko wróciłem do hotelu, a potem na rynek uzupełniać „węgle” i „elektrolity”. Zakończyło się na pizzy i dwóch piwach, a było już koło 22.00. Wróciłem do hotelu, przygotowałem rzeczy – startujący mieli obowiązek posiadania: telefonu, czołówki, czerwonego światła z tyłu, folii NRC i camelbaka. Wszystko miałem przygotowane. Odliczałem minuty do startu. Położyłem się na półtorej godziny, ale bardziej czuwałem niż spałem. Nerwy robiły swoje…

O 1.10 wstałem, ubrałem się, zapakowałem cały sprzęt i w drogę… Na 3 maja, mijałem grupki imprezowiczów, którzy z dość sporym zdumieniem patrzyli na gościa biegnącego środkiem ulicy w nietypowym stroju… Na rynku poczułem się bardziej na miejscu, bo amatorów biegania dystansu ponad stukilometrowego było więcej. Przed startem poprosiłem Adama R. o zrobienie mi fotki i za chwilę ruszyliśmy w trasę…

10733971_10153054708204667_3465208356117942199_n

Pierwsze dwa kilometry głównymi ulicami Rzeszowa, potem skręt w coraz mniejsze uliczki, do Słociny i Górnej, potem polną drogą i w las. Na tym etapie włączyliśmy czołówki i biegliśmy jeden za drugim patrząc na czołówki biegaczy z przodu i wiszące tasiemki oznaczające trasę biegu. Na trasie poznałem również Adama D. z Warszawy, z którym ścigałem się kilkukrotnie w Biegu o Perłę Narie na Mazurach. Adam opowiadał o swoim starcie w Rudzie Śląskiej i o Siedmiu Dolinach, ja opowiadałem o Rzeźniku i Łodzi. Drugi Adam R. opowiadał o swoich startach w Zimowym Maratonie Bieszczadzkim, na którym się zresztą spotkaliśmy i innych biegach. Do tego stopnia zagadaliśmy się, że w pewnym momencie zgubiliśmy trasę i tasiemki z oznaczeniem biegu. Na szczęście szybko, się połapaliśmy i dalej szło dobrze. Po przekroczeniu drogi w Matysówce ukazał się nam piękny nocny widok na Rzeszów. Jeśli mógłbym do czegokolwiek porównywać, to do widoku Pestu ze wzgórz leżących na drugim brzegu Dunaju, czyli z Budy.

19787_10153056355939667_3656529685925377366_n

Widoki były naprawdę ładne, ale pofałdowany teren i wzniesienia robiły swoje. Ponadto było dość chłodno. Adam D., szybko zaczął odczuwać skutki niskiej temperatury bo biegł z krótkim rękawem. Z Adamem R. wyprzedziliśmy kilku gości i spokojnie dobiegliśmy do Tyczyna na punkt odżywczy. Dopiero po zjedzeniu, kilku bananów, ciastek, rodzynków i izotoników, zacząłem dochodzić do siebie. Żołądek od początku trasy nie był moim sprzymierzeńcem. Odwiedziłem toaletę i za chwilę ruszyliśmy spod szkoły w dalszą trasę, mijając gości wbiegających na punkt. Z Tyczyna wybiegliśmy przed piątą, mając w nogach 23 km, a do kolejnego punktu mieliśmy 11 km. Zaczynało świtać, więc czołówki przestały być konieczne. Biegliśmy najpierw przez miejscowości Olszowiec i Studziankę na południe od Rzeszowa, potem przez las, leśne jary i dolinki malutkich dopływów Wisłoka. Minęliśmy pięknie położoną leśną „kapliczkę z cudownym źródłem” i wybiegliśmy na asfaltówkę znajdującą się na szczycie góry w miejscowości Okop. Tam, ukazał się nam widok dość niespotykany. Fiat Albea, „zaparkowany kołami do góry” na środku drogi i co lepsze na podjeździe pod górkę… Obok feralny kierowca… Zapytałem się czy nic mu nie jest. Powiedział, że nie, więc pobiegliśmy dalej. Na miejsce jechała już pomoc drogowa i policja. Po minięciu Okopu i Liszowca cały czas po górkach dobiegliśmy do punktu w Grzybku. W międzyczasie Adam R. opowiedział mi, czym się zajmuje. Okazało się, że biegłem z żołnierzem – artylerzystą z jednostki z Jarosławia, który występuje w wielu zawodach wojskowych z niezłymi wynikami. Ze względu na zawody, które Adam miał dzień wcześniej w wojsku, musiał zrewidować swoje plany co do startu w Ultramaratonie…

W Grzybku uzupełniłem camelbak, solidnie popiłem, zjadłem drożdżówkę i szybko wraz z Adamem opuściliśmy punkt. Robiło się coraz cieplej, słońce grzało coraz mocniej a my walczyliśmy z górkami i dolinkami dalej. Do trzeciego punktu na 54 km zostało 20 km…

Dla mnie na tym etapie, punktami orientacyjnymi do których musieliśmy się dostać był most na Wisłoku i DK19 na Barwinek. Most pojawił się dość szybko, a niestety droga przez Zarzecze do 19 dłużyła się strasznie. Po dobiegnięciu do drogi, przebiegliśmy wzdłuż niej około 500 metrów i skierowaliśmy się w górę w kierunku Grochowicznej (381m sic!). Potem długa droga przez las – kolejne jary i wąwozy, aż do kilku wsi które minęliśmy i wybiegliśmy na pole…

Temperatura była coraz mniej przyjemna bo cieplej. Ponadto wzniesienia, może nie tak wysokie jak na początku, ale nadal dawały w kość. W miejscowości Górny zobaczyłem krajobraz okolicy z wyróżniającym się krzyżem, do którego jak się okazało (po wyjaśnieniach Wojtka, który się do nas dołączył) mieliśmy biec. Po minięciu krzyża i wioski, zatrzymałem się w celu odwiedzin pobliskiego lasu. Po chwili biegłem już w kierunku Zgłobienia informując Adama, że nasz czas prezentuje się jak na 50 km całkiem przyzwoicie. Przekroczyliśmy dystans maratonu i zaczynało się ultra, choć ja wiedziałem, że to ultra zacznie się dla nas za Trzcianą i minięciem autostrady.

11256556_10153056356504667_2584767101150111129_n

W Zgłobieniu zatrzymaliśmy się na dłuższy popas, zjedliśmy konkretnie (kawałki sera – rarytas :)), pomarańcze i arbuzy. Byliśmy po ponad 7 godzinach walki, ale wiedziałem, że ta walka nawet się jeszcze nie rozpoczęła. Czekało nas jeszcze 61 kilometrów, na ogromnym zmęczeniu, a mieliśmy na to ponad 11 godzin. W Zgłobieniu, przez głupi brak koncentracji zgubiliśmy drogę i nadrobiliśmy ok. 800 metrów. Oj wściekły byłem na siebie…

11201629_10153056356869667_1768634193251182517_n

Po powrocie na trasę dalej biegliśmy przez pola, walcząc z upałem, górkami i gadając ze sobą cały czas. Z etapu pomiędzy Zgłobieniem a Dąbrową praktycznie nic nie pamiętam, liczyłem kolejne tylko kolejne kilometry na Garminie. Tak toczyliśmy się z Adamem do 60 km. Na sześćdziesiątce zaproponowałem: biegniemy 200 metrów, 100 metrów idziemy i tak w kółko. Wiedziałem, że tylko taka taktyka, w perspektywie tak morderczego biegu, może przynieść sukces. A realizacja tych małych celów doprowadzi nas do realizacji naszego głównego celu. Coś jak z podręcznika do zarządzania, o zarządzaniu przez cele (by P. Drucker). Mam, nadzieję że Tata byłby dumny (coś jeszcze pamiętam)… :)

1454776_10153056357014667_7192497377259825202_n

11210447_10153056357154667_60002128367846034_n

Z punktów które mieliśmy minąć na naszej trasie zapamiętałem drogę krajową 94 i linię kolejową, którą minęliśmy w Trzcianie (gmina Świlcza). Po wybiegnięciu z miejscowości czekało nas jeszcze około dwóch kilometrów do punktu, który znajdował się nad jeziorkiem na 69 kilometrze. Dobiegliśmy do punktu o 11.16, czyli 9 godzin i 16 minut od startu, a do zmieszczenia się w limicie zostało 8 godzin i 44 minuty, w które trzeba było przebyć 46 kilometrów, czyli więcej niż maraton.

Na punkcie zostaliśmy sprawdzeni, czy posiadamy telefony komórkowe i folie NRC, potem zjedliśmy standardowy zestaw i kanapkę. Ponadto jeszcze przed punktem wciągnąłem, żel – odległość pomiędzy punktami była bardzo duża, a my zużyliśmy na tym odcinku bardzo dużo energii.

Po uzupełnieniu camelbaków ruszyliśmy w trasę, która zaraz za wsią prowadziła prosto do lasu. Ponadto krajobraz trasy zmienił się. Zrobiło się płasko i na szczęście dla nas nie musieliśmy walczyć z górkami. Kolejnym celem było dobiegnięcie do autostrady A4 do której dotarliśmy na ok. 73 kilometrze i na której ponownie pomyliłem trasę. Na szczęście tutaj, szybko z Adamem wyłapaliśmy błąd i szybko skierowaliśmy się na wiadukt. Wiedziałem, że w tym momencie nasze ultra dopiero się zaczynało i że to dopiero teraz czeka nas prawdziwy sprawdzian z trasą…

Koniec części pierwszej.

Komentarze